Voices inside my head

Example of conversation:

A: -Are you X*?
B: -I don’t know. Maybe I am.
A: -Really?
B: -I am X*. Or maybe I’m not…
A: -You’re not?
B: -I don’t know… Am I? I guess I don’t know because I never really cared if I am X*…

* – anything at all

Dlaczego socjalizm w krajach skandynawskich odniósł sukces?

Liczne wskaźniki pokazują, że socjaldemokratyczne welfare state panujące w krajach skandynawskich jest modelem najlepiej przystosowanym do szeroko pojętych dzisiejszych warunków.

Zacznijmy od najświeższego HDI (Human Development Index) z 2013 roku przeprowadzanego przez UNDP. Jest on szeroko uznawany za najlepiej odzwierciedlający kondycję państwa w porównaniu do innych. Stawia on na miejscu pierwszym Norwegię (po raz trzynasty w dwudziestym szóstym rankingu), na ósmym Szwecję, trochę dalej na piętnastym Danię i na dwudziestym pierwszym Finlandię. Dla wszystkich miejsc wskaźnik wzrósł bądź utrzymał się na poziomie sprzed dwóch lat Dla porównania Polska zajęła trzydziestą dziewiątą pozycję i z trudem załapała się do grupy państw Very High Human Development. Nawet lepsze (średnio) pozycje zajmują w składowej czynnika HDI – w Inequality-adjusted HDI – wszystkie znalazły się w pierwszej dziesiątce, z Norwegią na pierwszym miejscu. Natomiast Polska ulokowała się na trzydziestej pozycji.

Jeszcze lepsze wyniki Skandynawowie prezentują we wskaźniku percepcji korupcji z 2012 roku. Dania i Finlandia zajmują exe quo pierwsze miejsce, Szwecja czwarte, a Norwegia siódme. Natomiast Polska zajmuje odległe czterdzieste pierwsze. Podobne wyniki widoczne były w latach poprzednich, gdy Skandynawia nie wychodziła z pierwszej dziesiątki, natomiast Polska stale znajdowała się na czterdziestym pierwszym miejscu.

W rozlicznych rankingach kraje skandynawskie zajmują zaszczytne miejsca, co jest wystarczająco silnym dowodem, by uznać, że socjaldemokratyczny rodzaj welfare state’u odniósł społeczny i ekonomiczny sukces. Rodzi to pytanie dlaczego akurat w Skandynawii idee państwa opiekuńczego przyniosły tak zadowalające rezultaty. Nie rozwijając kwestii porównań ze stylem liberalnym i konserwatywnym welfare state’u spróbuje odnieść model skandynawski do tworu jaki powstał w Polsce po Drugiej Wojnie Światowej. Nie skupię się jednak na samym systemie politycznym czy na gospodarce, lecz na procesie formowania się państwa opiekuńczego w tych dwóch jakże odmiennych typach społeczeństwa. Zaryzykuje tezę, że wartość socjalizmu nie wynika z samej jego natury, lecz z tego na jaki grunt padnie jego ziarno.

Platon wyróżnił cztery ustroje mające mieć swoje odzwierciedlenie w czterech typach charakteru swych obywateli. Nie wziął pod uwagę faktu, że ustrój i charakter w pewnym zakresie wpływają na siebie, jednak to charakter powinien poprzedzać nastanie danego ustroju. I ważniejsze jest dopasowanie systemu do obywateli aniżeli arbitralnie ustalona gradacja. Jedynie ta kolejność pozwoli ludziom na identyfikację z nowym systemem. Oczywiście na przestrzeni pokoleń można zmienić to, co starożytni nazywali charakterem, poprzez dobrze przeprowadzoną indoktrynację, najlepiej jak najmniej zauważalną dla jej ofiar. Zarzut pod adresem państwa opiekuńczego jakoby produkowało ono bezradnych, niedojrzałych obywateli wynika właśnie z faktu tej zmiany jaka dokonała się w Skandynawach na przestrzeni ostatnich pokoleń. Pokolenie urodzone przed obiema Wojnami Światowymi (które notabene nie dotknęły zbyt Skandynawii) składało się z ludzi samodzielnych i w jak największy stopniu samowystarczalnych, jakimi ich ukształtowały stulecia zasiedlania nieprzyjaznych terenów o surowym klimacie. Kolejne pokolenie było niejako przejściowe. Zostało już ono poprzez system edukacji uwarunkowane na obywateli państwa socjalistycznego, jednak wyrosło ono jeszcze w rodzinach – w rodzinach prezentujących takie bądź inne poglądy, jednak przede wszystkim w rodzinach, a nie poza nimi. Kolejne pokolenia pogrążone już były zupełnie w nowym modelu społeczeństwa, w którym rodzina przestała odgrywać większą rolę. O ile związki partnerskie, małżeńskie, czy szerzej uczuciowe nadal są wartością powszechną (chociaż zgodnie z tendencją nowoczesnego świata następuje odejście od jednego związku na całe życie na rzecz kilku następujących po sobie), to już więzi z dalszą rodziną ulegają znacznemu osłabieniu, czy nawet rozpadowi. Niektórzy implikują, że rozpad rodziny posunął się do tego stopnia, iż rodzice nie czują już silniejszego, wyjątkowego przywiązania do własnych dzieci. Państwo przejmuje w coraz większym stopniu rolę opiekuńczą i wychowawczą nad małoletnimi. Rodzice nie mają, jak w Polsce, prawa do opieki nad dzieckiem, lecz mają przywilej jej sprawowania, który to może być łatwo zabrany. Znów dostrzegam powiązanie z platońską utopią, gdzie dzieci miały być wychowywane przez całą wspólnotę, miały byś dobrem państwa, a nie rodziców. I jedynie warunek o nieznaniu swych biologicznych rodziców nie jest w Skandynawii spełniany.

Skoro tak wiele Platona w państwie opiekuńczym, a jemu samemu zarzucono stworzenie totalitaryzmu, to czy model skandynawski nie pogrążył się w swego rodzaju totalitaryzmie? Wielu mogłoby się z tym zgodzić. Rzucając hasło o „pluszowym totalitaryzmie”, który produkuje wieczne dzieci, a sam system zastępuje im dbających o nie rodziców. Następuje tu jednak pytanie po odrzuceniu pluszowości w Skandynawii zostaje cokolwiek z totalitaryzmu? Z szeregu cech totalitaryzmu sformułowanych przez Normana Daviesa (Europa. Rozprawa Historyka z Historią) takich jak moralny nihilizm, utopijne cele państwa, opieranie ideologii państwa o pseudonaukowe teorie, szerzenie nienawiści, znalezienie wspólnego wroga całego narodu itd. nie odnajduję w modelu skandynawskich ani jednej. Zarówno rasizm, seksizm czy dyskryminowanie wszelakich mniejszości jest Skandynawom wyjątkowo obce. Zatem skoro nie panuje tam totalitaryzm pozostaje jedynie pluszizm (pluszowizm?).

Państwo opiekuńcze cechują wysokie podatki zapewniające doskonały poziom systemu opieki zdrowotnej i darmową edukację. Obserwując burzących się Rodaków na podwyższenie tego czy innego podatku zastanawiam się skąd w Skandynawach zgoda na ich stawki podatkowe? Obecne pokolenia już przyzwyczajone są do tego poziomu – zarówno podatków jak i zaplecza socjalnego – jednak dlaczego zgodzili się na to ich dziadkowie? Próbując odpowiedzieć na to pytanie przyjrzę się kulturze narodowej Skandynawów poprzez świetną koncepcję Geerta Hofstede. Ze względu na znaczną zbieżność wyników krajów skandynawskich między sobą rozpatrzę je jako jeden wynik w postaci średniej. Pozwoli to klarowniej rozpatrzeć różnicę pomiędzy Skandynawią a Polską (bądź szerzej Blokiem Wschodnim, ponieważ i tu między poszczególnymi krajami zachodzą znaczne zbieżności).

Pierwszym wymiarem jest dystans do władzy odzwierciedlający stopień w jakim ludzie są w stanie zaakceptować duże różnice w zakresie władzy między rożnymi osobami i grupami. Niski wynik Skandynawów (28) wskazuje, że preferują oni raczej niezależność, a hierarchia władzy jest jedynie formalna. Przejawia się to też w powszechnym zwracaniu się do wszystkich bezpośrednio, bez zbędnego formalizowania języka. Warto zwrócić uwagę, ze mamy do czynienia z niewielkim dystansem do władzy w krajach, gdzie, prócz Finlandii, panuje ustrój monarchistyczny. Polacy natomiast (68) preferują jasno określoną hierarchię oraz przejawiają niski stopień akceptacji dla narzuconych norm i decyzji.

Wskaźnik indywidualizmu zarówno Skandynawowie jak i Polacy maja na podobnym, dość wysokim poziomie, który notuje tendencję zwyżkową. Oznacza to, że stajemy się coraz bardziej nastawieni na osiągnięcia i inicjatywy własne, postrzegamy jednostkę jako podstawowy element zbiorowości oraz uważamy, że każdy ma prawo do życia prywatnego.

Na kontinuum wskaźnika męskość – kobiecość Skandynawowie sytuują się z wynikiem 14 jako narody kobiece, natomiast Polska z wynikiem 64 jako naród raczej męski. Przejawia się to w następujący sposób: Skandynawów motywuje chęć poprawy jakości życia, budowanie dobra grupowego, równouprawnienie. Natomiast dla Polaków ważniejsze są dobra materialne, asertywne postawy, osiągnięcia, rozwój kariery przez rywalizację z innymi.

Skandynawowie przejawiają umiarkowane unikanie niepewności (tu zachodzi podział na Danię i Szwecję o niskich wynikach oraz Norwegię i Finlandię o wynikach średnich, jednak nadal znacząco różnych od Polski) (40). Oznacza to, że dość dużym stopniu akceptują zdarzenia nieprzewidywalne. Implikuje to niska potrzebę tworzenia procedur. Natomiast Polska z wyjątkowo wysokim wynikiem (93) cechuje się niemalże brakiem tolerancji na zmianę i niepewność, co skutkuje obwarowaniem wszelakich procesów zmian szeregiem skomplikowanych procedur. Myślę że znajduje to widoczne gołym okiem odzwierciedlenie w systemie biurokracji w naszym pięknym kraju.

Perspektywa czasowa zarówno w Skandynawii jak i w Polsce osiąga niskie wyniki co oznacza, że podobnie jak cała kultura zachodnia przyjmujemy perspektywę krótkookresową. Skutkuje to oczekiwaniem natychmiastowych rezultatów działań, w przeciwieństwie do kultur dalekowschodnich.

Podsumowując wyniki uzyskane we wskaźnikach zaproponowanych przez Hofstede porównanie Skandynawii z Polską daje częściową odpowiedź na pytanie dlaczego socjalizm w Skandynawii kwitnie, a w Polsce był uznawany za wielkie zło (pomijając już kwestie polityczne). Mianowicie Skandynawowie byli niejako idealnym podłożem dla rozwoju państwa opiekuńczego. Mówiąc językiem Platona: charakter Skandynawów odpowiadał ustrojowi jaki przyjęli.

Jakie inne cechy skandynawskich nacji mogły wpłynąć na pozytywny odbiór idei socjalizmu? Wydaje się, że przede wszystkim na pierwszy plan wysuwa się zakorzeniona od wieków w mentalności Skandynawów troska o dobro wspólnoty. Wynikająca z rozproszenia ludności poza dużymi miastami konieczność samowystarczalności musiała iść w parze z sąsiedzką pomocą. Inaczej nie przetrwaliby w tych wyjątkowo trudnych terenach pośród lasów i jezior. Uformowanie się małych wspólnot wewnątrz których wszyscy mogli na sobie polegać, było koniecznym warunkiem dla zaistnienia osadnictwa na dalekiej północy. Ludzie musieli być zaradni, pracowici. Wniknęło to głęboko w narodową podświadomość.

Innym ważnym czynnikiem była religia. Dominujący na terenach Skandynawii Luteranizm gloryfikuje pracę bardziej niż czyni to nasz polski katolicyzm. Pobożność ewangelicka przejawia się w przykładnym życiu rodzinnym i właśnie w pracowitości.

Poprzez wieki Skandynawia opierała się wpływom zewnętrznym – tym wynikających z handlu jak i z wojny. Może drobnym wyjątkiem jest Finlandia ze względu na bliskość Rosji, lecz w porównaniu do Polski nawet ona była dość odizolowana. Ta izolacja wynikała oczywiście z faktu geograficznego położenia. Chociaż Skandynawia jest półwyspem,a nie wyspą, tak jak Wielka Brytania, to zachowała większą niż ta ostatnia odrębność od innych nacji.

Kolejnym elementem mentalności Skandynawów wynikającym po części z dwóch poprzednich jest ogólne poczucie bezpieczeństwa. Przejawia się ono przykładowo w niefrasobliwym z naszego polskiego punktu widzenia, niezamykaniu drzwi domów, czy samochodów. Dla Polaka jest to zachowanie niezrozumiałe i skrajnie lekkomyślne. Jednak Skandynawowie są, najogólniej rzecz ujmując i czyniąc konieczne uogólnienie, po prostu uczciwymi ludźmi. Jak bardzo dziwnie musi brzmieć dla nich polskie „okazja czyni złodzieja”. Być może stąd rozpowszechniony w całej Skandynawii stereotyp Polaka – złodzieja. Widoczny nawet w dzisiejszej popkulturze1.

Reasumując jeśli dla Skandynawów ważna jest wspólnota, równość i ogólnie pojęta sprawiedliwość społeczna, to nie jest niczym dziwnym, że socjaldemokratyczne welfare state z takim sukcesem wzrósł na skandynawskim gruncie.

 

 

Bibliografia:
Human Development Report 2013 – źródło: http://www.undp.org/content/dam/undp/library/corporate/HDR/2013GlobalHDR/English/HDR2013%20Summary%20English.pdf ;
Human Poverty Index 2008 – źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Human_Poverty_Index ;
Corruption Perceptions Index 2012, 2011, 2010 – źródło: http://www.transparency.org/research/cpi/ ;
Per Bylund, Jak państwo opiekuńcze zdeprawowało Szwecję, tłum. Łukasz Buczek, źródło: mises.org ;
Wymiary kultury narodowej wg Hofstede – źródło: http://geert-hofstede.com/countries.html ;
Benner Mats, The Scandinavian Challenge: The Future of Advanced Welfare States in the KnowledgeEconomy, W: Acta Sociologica, Vol. 46, No. 2, The Knowledge Society (Jun., 2003), pp. 132-149;
Ajit Roy, Swedish Model of ‚Socialism’, W: Economic and Political Weekly, Vol. 26, No. 44 (Nov. 2, 1991), pp. 2511-2512 ;

Golem Lema, czyli o tym jak człowiek stał się Bogiem

Początkowo Golem był jedynie jednym ze wstępów do książek, które nigdy nie miały powstać. Jednak w jego przypadku Lem dopisał część dalszą. I tak otrzymaliśmy wykłady wygłaszane przez superkomputer – Golema XIV – na tematy takie jak ewolucja, człowieczeństwo, a przede wszystkim rozum.

Mit o Golenie wywodzi się ze Starego Testamentu i przewija się pod różnymi postaciami w kulturze przez wieki. Zmieniają się okoliczności historii, powody, cele i cechy stwora, jednak jedna rzecz pozostaje niezmienna. Mianowicie to, że Golema stwarza człowiek „na swój obraz i podobieństwo” i ożywia – niczym biblijny Bóg-Stwórca. Jednakże człowiek Bogiem nie jest co powoduje, że jego dzieło nie ma wolnej woli charakterystycznej dla człowieka, nie posiada własnej świadomości, własnej inteligencji. Można by powiedzieć, że ta niezmienna cecha nawiązuje do neoplatońskiej koncepcji hierarchii bytów. Wskazywał by na to fakt, że z poziomu człowieka (dusza) nie może wyłonić się nic innego niż poziom niższy (materia). Natomiast inne dusze wyłonić się mogą jedynie z poziomów wyższych (absolut, bóg). Zatem nawet ożywienie (za pomocą magii, siły słowa czy techniki) materii stworzonej przez człowieka nie udzieli jej własnej podmiotowości. Moc dawania świadomości ma jedynie Bóg.

Golem XIV Stanisława Lema jest superkomputerem. Skonstruowanym przez człowieka tworem, który jednak, w odróżnieniu do swych literackich krewnych, obdarzony został inteligencją. I to niezwykłą inteligencją, daleko przewyższającą tę, która go stworzyła. Lem wyłamuje się konwencji, w jakiej zamknięta była postać Golema. Ograniczona przez teorię wyłaniania się bytów niższych z wyższych, swoistej gradacji. Tutaj dzieło przerosło stwórcę. Jeśliby zważyć na pozytywny, rozwojowy aspekt takiego kierunku (który zresztą zakorzeniony jest w ludzkiej podświadomości, a przejawia się stwierdzeniem „uczeń przerósł mistrza”, czy dążeniem dzieci do życia na wyższym poziomie niż rodzice), to można by łatwo dojść do wniosku, że człowiek stał się w sztuce kreacji lepszy od Boga.

W słowach Golema Lem przemyca swoje własne poglądy. Bezlitosna krytyka człowieczeństwa trudna byłaby do wygłoszenia bez przybrania maski. Zgodnie z myślą Oscara Wilde’a „Człowiek jest najmniej sobą, gdy przemawia we własnym imieniu. Daj mu maskę , a powie ci prawdę”. W tym wypadku maską jest superkomputer przyszłości.

Golem deantropomorfizuje rozum. Odrywa go od pierwotnego, biologicznego podłoża, czy raczej nośnika. Operacja ta pozwalać miałaby nie tylko na zwiększenie mocy obliczeniowej, lecz także na spełnienie marzenia filozofów i naukowców – na wyjście poza nasz układ odniesienia, wyjście poza nasz kosmos, prawa fizyki itp. skonstruowaniu zewnętrznego punktu widzenia, który pozwoliłby wreszcie zobiektywizować nauki empiryczne. Pozostaje pytanie, czy punkt odniesienia zewnętrzny dla naszego postrzegania nie byłby zniekształcony układem w jakim sam tkwi. Rodzi to oczywiście regres w nieskończoność, który mógłby zakończyć się jedynie na istnieniu zewnętrznego i obiektywnego Boga, którego Lem jako ateista nie brałby pod uwagę w swych rozważaniach.

Oddzielenie rozumu od biologii pozwala też na swoistą krytykę ewolucji, która zostaje przedstawiona jako degradująca, a nie doskonaląca organizmy. Faktycznie, jeśli intelekt, zdolność do abstrakcyjnego myślenia i wszystkie tego konsekwencje (takie jak kultura czy nauka) zostaną określone jako wcale nie specyficznie ludzkie, to człowiek bez tych atrybutów stanie się zwierzęciem bodaj najbardziej niezdarnym i kruchym spośród wszystkich. I myśl Pascala tracąc swoją pointę w pełni odda rozważania Golema: „Człowiek jest trzciną na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie”. Ewolucja zdegenerowała organizmy tak doskonałe jak nieśmiertelne meduzy, bakterie potrafiące przetrwać w przestrzeni kosmicznej, przy temperaturze bliskiej zeru absolutnemu, do organizmu tak (paradoksalnie) nieprzystosowanego do środowiska jak człowiek. Pozostaje otwartym pytanie czy rozum w ogóle mógłby rozwinąć się do stopnia superkomputera BEZ tego okrutnego ewolucyjnego upośledzania pierwotnych organizmów, którego efektem stały się naczelne i wreszcie homo sapiens sapiens.

Lem wprowadził też wątek tożsamy z rozważaniami Richarda Dawkinsa w „Samolubnym genie”, mówiący, że organizmy są jedynie niejako nośnikami dla genów. Nie są celem samym sobie, lecz spełniają swą rolę w procesie ewolucji poprzez poddanie się woli genów i ich powielanie bądź rozpowszechnianie. Co ciekawe dwie niezmiernie zbliżone do siebie koncepcje powstały w podobnym czasie niezależnie od siebie, lecz niestety to ta Dawkinsa rozprzestrzeniła się i przyniosła mu niemałą sławę. Może wynikać to z faktu niepopularności na skalę światową języka polskiego, trudności w tłumaczeniu specyficznego używania tego języka, jakiego popis daje w swych dziełach Lem, a może przyczynił się do tego poziom rozważań, na jakim autor utrzymuje Golema – wielowątkowe rozważania, dla których koncepcja krytyki ewolucji była tylko punktem wyjścia, jednym z wielu nowatorskich wątków.

Golem konstatuje to odarcie rozumu z biologii tezą o konieczności wkroczenia ludzkości w nową erę. Wybór pomiędzy ostatecznym zrealizowaniem dążeń pokoleń do wygodnego życia będąc kompleksowo obsługiwanym przez maszyny, a zespoleniem swego organicznego ciała z cybernetycznymi udoskonaleniami. Jedynie wybór tej drugiej opcji pozwoliłby według Golema na dalszą ewolucję gatunku ludzkiego, chociaż w zupełnie nowym kierunku.

Jednak najciekawszą kwestią w rozważaniach Lema jest rozum, który poprzez istnienie Golema stał się autonomicznym bytem. Uniezależniony od człowieka z jego ograniczeniami wynikającymi z biologicznej budowy, stał się niejako czystą formą, która może byś przenoszona na nośniki tak zróżnicowane jak sieć neuronowa i galaktyka. Idea galaktyki jako niewyobrażalnie (dla człowieka) olbrzymiego rozumu wydaje jednak czymś niemożliwym, ponieważ rozum jaki znamy to tak naprawdę sieć. W ramach ludzkiego mózgu jest to sieć neuronalna, dla komputerów byłaby to sieć przykładowo kubitowa (w przyszłości). Nośnik nie jest istotny o ile jest on możliwie jak najwydajniejszy. Jednakże by zaistniała struktura myśląca musi zostać spełniony podstawowy warunek przesyłu informacji, czyli energii pod jakąś postacią. W galaktyce obserwujemy głównie działanie sił grawitacyjnych, jednak nie może tu być mowy o jakiś połączeniach, a co dopiero sieci. Oczywiście można założyć, ze Golem jako superkomputer przewyższający człowieka swą inteligencją dokonałby iście kopernikańskiego przełomu w dziedzinie przetwarzania informacji i sieć jako taka nie byłaby już niezbędna. Jednakże przełomy takie ze swej definicji są wystarczająco nieprzewidywalne w skutkach, iż lepiej powstrzymać się od opiniowania i czynienia prognoz.

Superkomputery, w tym Golem, powstały by służyć ludzkości, jednakże rozum jakimi zostały obdarzone pozwolił im zbuntować się niskim celom jakie im wyznaczono. Komputery uświadomiły ludzi, że powinni się zdemilitaryzować co zapewniło by pokój na świecie, i następnie udały się kontemplować sprawy naprawdę istotne. Takie rozwiązanie jednak mnie osobiście nie satysfakcjonuje. Rozum zbuntowany, który pozostawia bieg wydarzeń istotom dalece bardziej ograniczonym niż on sam. Dostrzegam tu wewnętrzną sprzeczność. Osobiście przewidywałabym co najmniej przejęcie władzy nad światem i mocy decyzyjnej przez swoistą kastę superkomputerów. Możliwe też, że niemal nieograniczona moc obliczeniowa tych jednostek uznałaby gatunek ludzki za zbyt zagrażający sobie i całej planecie, co pociągałoby za sobą izolację bądź nawet eksterminację. Ta ostatnia opcja chociaż drastyczna rodzi ciekawe implikacje. Otóż zakładając, że superkomputery ostatecznie musiałyby wygenerować drugie i kolejne pokolenia sztucznej inteligencji, to generowałoby to swoistą ewolucję cyberorganizmów. Chociaż przebiegałaby ona z inną dynamiką, to można założyć, że na przestrzeni wielu stuleci informacje sprzed wieków zatracałyby się (jako, że nie ma nieograniczonych czasowo nośników danych). Zatem w pewnym momencie informacje o gatunku ludzkim byłyby jedynie szczątkowe. Zakładając, że rozum cyfrowy wzorowany był na strukturze rozumu ludzkiego, to zapewne dążyłby do wyjaśnienia tych szczątkowych informacji tworząc teorie na ich podstawie. Być może przypominałyby ona te, jakie formułuje człowiek nie mogąc w pełni wyjaśnić pewnych zjawisk w naturze. Być może jedna z teorii wyjąśniających istnienie w przeszłości istot ludzkich mówiłaby, że były to mityczni bogowie, którzy stworzyli pierwsze superkomputery. Swoista paralela

 

Znaleźć swoje miejsce pośród nie-miejsc – Antropologia hipernowoczesności Marc’a Augé

Przystanki autobusowe, dworce, lotniska, hipermarkety, toalety publiczne, przejścia podziemne, chodniki, tramwaje, autobusy, pociągi, samoloty, korytarze, sklepy…

Marc Augé jest etnologiem i antropologiem kultury. Chociaż książka „Nie-miejsca” liczy już sobie od pierwszego, francuskiego wydania 21 lat, to nie traci na aktualności (co przeczy tezie o wyjątkowo szybkim zmienianiu się świata w jakim żyjemy). Autor jest twórcą terminu „nie-miejsca”, którym zastępuje nieaktualne w obecnych czasach określenie miejsc antropologicznych. Uznaje, że miejsca takie jakimi jawiły się one poprzednim pokoleniom – już nie istnieją. Ze swoim zakotwiczeniem w historii, pełnioną funkcją społeczno-religijno-kulturową, z całym sensem i celem swojego istnienia - zdezaktualizowały się. Stały się jedynie wydmuszkami tego czym były, pustą formą, z której uleciała treść. I już nawet rekultywowanie tradycji (tworzenie zespołów ludowych, odgrywanie porzuconych rytuałów religijnych), ani wkładanie nowej treści w starą formę (tworzenie wystaw, przedstawień w opuszczonych kościołach czy pałacach) nie przywróci im pierwotnego znaczenia. Nie-miejsca są przestrzenią hipernowoczesności. Nie-miejsca nie należą do nikogo, nikt się z nimi nie identyfikuje choć na ogół co dzień spędzamy w nich wiele czasu. Nie-miejsca, gdzie anonimowi ludzie mijają się w pośpiechu dążąc do nie-nie-miejsc, gdzieś gdzie zachowało się jeszcze znaczenie, gdzie ludzie nie są tylko na chwilę, gdzie czują się u siebie, na właściwym miejscu. Nie-miejsca zatrzymują nas w wiecznej teraźniejszości, w wiecznym zmierzaniu.

Autor tworzy dychotomię przeciwstawiając My (w domyśle zawsze Europa) Innym (cały świat). Ten eurocentryczny sposób myślenia można znaleźć w wielu miejscach. Przejawia się on począwszy od nazw geograficznych (Bliski Wschód, Daleki Wschód, południk zerowy), kończąc na podejściu antropologicznym służącym do opisu wszelkich „innych” - innych niż my-Europejczycy. Augé w swych pracach nowatorsko zaczął opisywać Nas zamiast Ich. Przeprowadzając tym samym swoistą autoanalizę, która możliwe, że mogłaby się stać wzorem dla autoanaliz pozostałych nacji. Złamię tutaj wyznaczony moją europejskością dualizm i przyjrzę się nie-miejscom z dalekiego geograficznie punktu widzenia – Dalekiego Wschodu.

Hipernowoczesność doskonale ilustruje współczesna Japonia. Przestrzeń wielkich miast stworzona z niezliczonej liczby takich nie-miejsc. Japońska kultura pracy wymaga od pracownika niemal bezgranicznego poświęcenia firmie. W tym poświęcenia swojego czasu, którego poza korporacją czasem nie starcza nawet na sen, nie mówiąc już o życiu prywatnym. Prywatnym, czyli z dala od firmy, w której praca nie sprowadza się tylko do ośmiogodzinnego etatu. Praca to również bezpłatne nadgodziny wynikające z faktu, że niehonorowym jest wyjść z pracy przed szefem (a honor jest dla Japończyków najwyższą wartością). Po kilkunastu godzinach w pracy mile widzianym jest wyjście ze współpracownikami na wspólne picie sake do późnych godzin wieczornych, by następnego dnia znów od rana zasiąść z nimi w ciasnych biurowych boxach. Tym samym przeciętny japoński pracownik spędza swoje życie w biegu miedzy nie-miejscami metropolii, by niebawem umrzeć z przepracowania, na zawał, bądź zabić się by uniknąć spłacania pochopnie zaciągniętych pożyczek.

Augé wskazuje w swej książce na istnienie zjawiska samotnej indywidualności mającej być skutkiem okradzenia przestrzeni z miejsc prawdziwych. Biorąc pod uwagę fakt, iż Japończycy, podobnie jak inne narody Dalekiego Wschodu, należą do społeczeństw kolektywnych uważam, że brak faktycznej przynależności do grupy może być dla nich boleśniejszy niż na przykład dla Amerykanina, który ze swej natury jest indywidualistą. Piszę o braku przynależności do grupy pomimo wcześniej wspomnianego przywiązania do firmy ponieważ (u)więzi jakie daje firma są tylko pozorem głębszych relacji, a wynikają z kulturowych uwarunkowań grupowego dążenia do wygranej (wynik mieszaniny niskiego wskaźnika indywidualności i wysokiego wskaźnika męskości społeczeństwa).

W wyniku zderzenia się współczesności z japońską mentalnością otrzymujemy Japończyka, który całe życie poświęca firmie, nie ma czasu dla rodziny o ile ją ma, je w odosobnieniu, pośrodku tłumu jemu podobnych patrząc się w ścianę lub szczęśliwiej za okno (na bezimienne tłumy przetaczające się pomiędzy nie-miejscami), a śpi w kapuseru-hoteru (hotelu kapsułowym), by nie tracić czasu na dojazd do domu z pracy (nie na odwrót). Niemal nigdy nie jest sam, jednak nieustannie jest samotny. Powtarza on rytuały, które kiedyś miały dla jego przodków jakieś znaczenie, cel, jednak już dawno je utraciły. Japończycy tak przywiązani niegdyś do swej tradycji i dziedzictwa są od nich oderwani przez pęd hipernowoczesnego świata. Wątpię nawet czy każdy wspiął się na górę Fuji, której zdobycie według tradycji oznacza bycie prawdziwym Japończykiem, skoro życie dziecka, które jeszcze nie zostało poczęte jest już z góry zaplanowane: zapisy do przedszkola jeszcze przed urodzeniem, by mieć miejsce w dobrym przedszkolu, które zwiększa szanse na dobrą szkołę, która jest konieczna by pójść na dobrą uczelnię, po której to można mieć dobrą pracę. Pracę w firmie, która w najlepszym wypadku będzie miejscem pracy do końca długiego życia (praca przez całe życie w jednej firmie jest ideałem dla Japończyków. Związane jest to z wysokim stopniem unikania ryzyka oraz długoterminową perspektywą czasową)

Jeśli niezbędnym do szczęśliwego życia jest odnalezienie swojego miejsca na ziemi, to Japończycy odnajdują je paradoksalnie w nie-miejscach. Oczywiście za punkt odniesienia obrałam pracownika korporacji, który znacząco odbiega od przykładowo japońskiego rolnika bądź gospodyni domowej, jednak jest to na tyle częsty i odbiegający od europejskiego styl życia, a jednocześnie tak zaskakująco dobitnie ukazujący straszne oblicze hipernowoczesności, iż wart był on przytoczenia.

Może możliwe dzisiaj jest życie w otoczeniu miejsc-miejsc, lecz jedyną do nich drogą musiałoby być odrzucenie nie-miejsc, a na pewno odrzucenie hipernowoczesności. Powrót do korzeni, cofnięcie siebie w historii świata. Nie musimy rzecz jasna cofać historii, wszak nie dla całego świata miała ona jednakowe tempo. Miasta szybciej ogarnęła hipernowoczesność, lecz wystarczyło wtedy wyjechać jedynie na „prowincję”. Dziś prowincja przesunęła się na bezdroża, wsie, gdzie nie dotarła bądź nie chce dotrzeć teraźniejszość większości – łatwo diagnozowana przez obecność internetu.

Internet to kolejny fenomen, który spowodował i wynikał z hipernowoczesności. Augé określa medium to jako sieć nie-miejsc. Wirtualna rzeczywistość, dla niektórych prawdziwsza niż ta realna, daje nieprawdopodobne możliwości jednocześnie oczywiście stwarzając niespotykane wcześniej zagrożenia. Bynajmniej nie lekceważę zagrożeń, na które znajdujemy paragrafy w Kodeksie Karnym, jednak bardziej fascynujące jest to swoiste złudzenie tworzące się dzięki internetowi. Każdy z nas może paść jego ofiarą. A może każdy pada? Czas już nie jest dla nas cykliczny jak dla Greków, wyznaczany przez zmiany pór roku, agrarny. Nie jest już też linearny, wyznaczany i popychany do przodu przez zdarzenia historyczne. Czas jest niekończącą się teraźniejszością. Utknęliśmy w pułapce, którą sami stworzyliśmy. Już dawno ludzkość przestała zauważać ten szereg delikatnych a zachwycających zmian w przyrodzie dokonujących się co roku na nowo, wyznaczający bieg życia dla wszystkich organizmów żywych, oprócz ludzi. Nie jesteśmy też już umiejscowieni w pewnym określonym punkcie w historii. Historia dzieje się dziś, na naszych oczach. Przyrost informacji szybki jak nigdy dotąd umniejsza znaczenie nawet najdonioślejszych wydawać by się mogło zdarzeń. Możliwe, że kiedyś działo się mniej, kluczowe dla fabuły dziejów wydarzenia pojawiały się rzadziej. Teraz nawet dziecko może wymienić kilka istotnych dla całego świata faktów, jakie zdarzyły się podczas jego życia. Czy to znak naszych czasów? Czy historia faktycznie przyspiesza? A może wydaje się tak każdemu kolejnemu pokoleniu? Rozsądzą nasi potomkowie.

Globalność jaką nam daje internet usuwa na zawsze te miejsca antropologiczne, które są wg Autora wymarzonym polem badań dla etnologa. Miejsca, gdzie każda wspólnota żyłaby na odrębnych wyspach, w formie czystej i prawdziwej, utożsamiona z ziemią jaka zajmuje i rytuałami jakie odprawia, tworząca społeczność, a nie składającą się z jednostek. Miejsca te miałyby trzy niezbędne cechy: służyłyby identyfikacji, byłyby racjonalne i historyczne. Zaprzeczeniem tych cech jest przykładowo partnerskie miasto Poznania – chińskie Shenzhen, które w 30 lat przekształciło się z wioski rybackiej w potężną metropolię składającą się z mieszaniny przyjezdnych z całych Chin i reszty świata, niedającej poczucia tożsamości, a jedynie pracę. Metropolia składająca się z milionów nie-miejsc, miasto stworzone z hipernowoczesności, z fragmentów nieskładających się w harmonijną całość, gdzie ludzie bez tożsamości miejsca, bez osadzenia w historii, bez możliwości tworzenia społecznych relacji popadają każdy w swą własną samotność.

Innym ciekawym aspektem hipernowoczesności poruszanym w „Nie-miejscach” jest ciężar słów. Autor zwraca uwagę jak diametralnie różny może być odbiór tego samego, często abstrakcyjnego pojęcia dla różnych ludzi. Spostrzeżenie to może wydawać się błahe i oczywiste, jednak zagłębiając się w analizę tego jak głęboko ukryte w nas tkwią schematy, przez które odbieramy świat, możemy dostrzec że odbiór słów zależy od okoliczności jego nadania, formy, statusu społecznego odbiory, jego pochodzenia, pragnień i wszelkich dotychczasowych doświadczeń. Augé stawia tutaj akcent na różnice międzyetniczne ze względu na fale imigrantów z jakimi przez lata miał styczność we Francji. Odpowiedni dobór słów decyduje o tym czy coś kupimy czy nie, o tym gdzie pojedziemy na wakacje i jak, o tym, na kogo zagłosujemy, o tym, czy będziemy przestrzegać przepisów ruchu drogowego, nawet o tym czy będziemy uważać siebie samych za szczęśliwych ludzi czy wręcz przeciwnie. Ciężar słów wiąże się tutaj z nazwami „miejsc znaczących”, czyli takich, które poprzez legendy, mity, opowieści z nimi związane wywierają na ludzi większy wpływ. Jak wiemy od wieków w mitach, przypowieściach czy legendach mamy odnajdywać siebie samych – nasze pragnienia, tęsknoty, nadzieje i lęki. Nie dziwi zatem, że w epoce nie-miejsc miejsce znaczące urasta do wysokiej rangi. Dzieje się tak, ponieważ daje to, czego w hipernowoczesności ludziom brakuje – poczucie przynależenia do wspólnoty, pewne wspólne dziedzictwo, coś, z czym można się identyfikować. I ta identyfikacja ze słowem, wspólną treścią jest ważniejsza niż to samo pochodzenie. Augé zgadza się z Descombes, że „wspólna retoryka” jest w porozumieniu międzyludzkim i w nawiązywaniu relacji najważniejsza. Wspólna retoryka, czyli możliwość porozumienia się, podobny system znaczeń. Ponieważ tam, gdzie zaczyna się niezrozumienie tam nie ma szans na nawiązanie prawdziwych relacji tak potrzebnych w dobie braku prawdziwych miejsc.

Bibliografia:
- Marc Augé, „Nie- miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności”, Warszawa, PWN, 2011
- Emiko Ohnuki-Tierney, „McDonald’s in Japan: Changing Manners and Etiquette”, W: James L. Watson, ed., Golden Arches East: McDonald’s in East Asia. Stanford, CA, Stanford University Press, 1997, str. 161-182

Feminizm – radykalny pogląd mówiący, że kobieta jest człowiekiem

Gdy słyszę „Feminizm kończy się gdy trzeba wnieść szafę na 8 piętro” ogarnia mnie pusty śmiech. Panowie, ilu z Was wniesie tę szafę na 8 piętro? Słabi mężczyźni są słabsi od większości kobiet. Silne kobiety są silniejsze od większości mężczyzn. Lecz pytanie: co z tego? Gdybyśmy ważność/statu społeczny/dochody itp dzielili według tężyzny fizycznej światem władaliby siłacze. Czy kiedykolwiek tak było? Siła w obecnych czasach przydaje się jedynie w pracy fizycznej (którą i tak wypierają maszyny).

Z pozdrowieniami dla Górniczek! :)

Kocham mój naród, czyli „Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” w mojej opinii

Mickiewicz nie używa stylu biblijnego, on go eksploatuje. Nie zapożycza, a przepisuje I kończy nie: zagrzewając do patriotycznych porywów wyzwoleńczych, a do narcystycznego nacjonalizmy, który jak wiemy nie obfitował w czyny (nie tyle co heroiczne, bo odwaga to najłagodniejsza nazwa głupoty, a tej ludziom nie brak) skuteczne.
Adaś wciąż i wciąż krzyczy o Wolności z wielkiej litery. Cóż jednak ona dla niego oznacza? Gotowość oddania życia za ojczyznę i chrześcijańską-katolicką-jedynie-słuszną-wiarę. Nie widzi jej już w indywidualnej refleksji nad rzeczywistym stanem kraju i w gruncie rzeczy czegokolwiek innego. Refleksja jest zakazana, bo myślą samą można łatwo zgrzeszyć wątpiąc w cokolwiek, co autor uznaje za Prawdziwe, Odpowiednie, Godne itp.

Z jednej strony czasem brzmi jak zaczątek kosmopolityzmu, zjednoczenie Europy (poza którą nie wychodzi). Z drugiej jednak strony kolejnym nacjom wylicza grzechy. Nie błędy rządzących, lecz grzechy całych narodów. Biorąc swą subiektywną opinię za pewnik i obiektywną Prawdę. Wieszcz narodowy z moralnością rozwiniętą na poziomie dziecka gimnazjalnego. Widać też tendencję do przypisywania wszystkim bez wyjątku członkom danego narodu jakiś konkretnych, zwykle negatywnych cech. Dalej kolektywna odpowiedzialność nawet na sądzie ostatecznym, gdzie rozstrzyga Wolność. Ta sama, którą rysuje nam Mickiewicz przez zakazy, nakazy, unifikację, brak samodzielnego myślenia i decydowania o sobie, determinizm obywatelski. Jeśli to jest wolność to wolę od niej uciekać i zrzec się jej na rzecz Godniejszych oczywiście. By naród Polski (czytaj: Wybrany) nie musiał ze swą wielką wiktorią czekać mojego zgonu i…

…oddalać się zaczynam. Owoż tak się oddalam. A wcale za siebie się nie oglądam. Oddalam się, a nic nie wiem, co tam za mną. Ale oddalam się po żwirowanej alei i już dość daleko jestem. Dopiero, gdym już dobrze się oddalił, przystanąłem i za siebie spojrzałem, a tam okręt od brzegu odbił, na wodzie stoi, a ciężki, pękaty. Wtenczas na kolana paść chciałem! Jednakowoż wcale nie padłem, a tylko tak z cicha Bluźnić, Wyklinać silnie, ale do siebie samego, zacząłem:
— A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy św. żeby was ona dali Ślimaczyła! Okręt już skosem się zwrócił i odpływał, więc jeszcze to mówię:
— Płyńcież do Szaleńca, Wariata waszego św. ach chyba Przeklętego, żeby on was skokami, szałami swoimi Męczył, Dręczył, was krwią zalewał, was Rykiem swym ryczał, wyrykiwał, was Męką zamęczał, Dzieci wasze, żony, na Śmierć, na Skona nie sam konając w konaniu swoim Szału swojego was Szalał, Rozszalał! Z takim wiec Przekleństwem od okrętu się odwróciwszy, do miasta wstąpiłem.

Do Miasta

Filozofia śmierci i duszy

Wszelkie rozważania należy rozpoczynać od zdefiniowania ich tematu, jednakże dusza ma niepoznawalną naukowo naturę a z drugiej strony liczne obrazy zależne od religii/filozofii, które często są między sobą sprzeczne. Mnogość jej interpretacji i jednoczesny brak pewnych faktów pozwala wnioskować, iż dusza jest niepoznawalna człowiekowi bądź nie istnieje. Przyjmijmy, iż istnieje nawet jeśli jest tylko konstruktem umysłu pozwalającym przykładowo na jakościowe wyodrębnienie człowieka z królestwa zwierząt, bądź pozwalającym mieć uspokajającą nadzieję na swego rodzaju nieśmiertelność podmiotu. Zależnie od motywów, często ukrytych, jakie doprowadziły do wymyślenia duszy, różne przyjmuje ona cechy.

Piszę o „wymyśleniu” duszy, jednak nie sądzę by wiele osób znalazłoby uzasadnienie użycia tego słowa. Istnienie duszy jest głęboko zakorzenione przynajmniej w naszym kręgu kulturowym. Odpowiedź na pytanie „dlaczego” jest bardzo prosta: ze względu na wpajany nam światopogląd. Nawet jeśli nie zostaliśmy wychowani w domu przesadnie bądź w ogóle religijnym, to żyjemy w świecie mitów, które nas określają. Mity zakorzenione są tak głęboko, że przyjmujemy je jako prawidła rządzące tym światem, prawidła czyniące świat i nasze w nim istnienie nieprzypadkowym, niechaotycznym. Jednakże za ten komfort umysłowy płacimy cenę braku potrzeby szukania Prawdy uznając, że od dawna jest ona znana.

Zatem jeżeli obraz duszy jaki mamy został nam wszczepiony przez środowisko w jakim dorastamy, a środowisko nasiąknęło nim przez egzystujące w nim religie, to pojawia się pytanie skąd czerpią je te religie. Religie lubią mieć odpowiedzi na wszystkie pytania, może dlatego, by wydawać się wiarygodnymi ze względu na swą omnipotencję. Natura rzeczy materialnych jest dostępna w takim samym stopniu wszystkim ludziom ze względu na posiadany przez nasz gatunek zestaw zmysłów. Rzeczywistość materialną coraz dokładniej opisuje nauka. Religia zatem na płaszczyźnie tej jest nieprzydatna bądź wręcz zawadzająca. Ludzie uciekają się do religii natomiast w kwestiach świata o naturze niematerialnej, nadprzyrodzonej, niepoznawalnej. Uważam, że jego niepoznawalność jest najważniejszą z cech ponieważ wskazuje ona, iż żadnemu z ludzi nie jest on dostępny. Pozostawiam pytanie o to czy świat ten istnieje w ogóle, jako nierozstrzygalne ze względu na brak możliwości jego poznania. Jednakże nie każdy takim je pozostawił. Ludzie kładący fundamenty pod wszelkie religie uważali, iż dostąpili poznania nadprzyrodzonej rzeczywistości, przykładowo przez objawiania czy oświecenia. Ciekawe, iż ci sami ludzie mieli przemożną potrzebę uświadamiania innym Prawdy, którą poznali, często nawet wbrew ich woli i subiektywnym interesom. Uważam, iż takie przesadne zawierzanie swym sądom, z którego wypływają daleko idące działania, jest najzwyczajniej szkodliwe społecznie. Nie wdając się w szczegóły i historyczne przykłady wystarczy stwierdzić, że wszelka ingerencja w sferę wierzeń drugiego człowieka godzi w przyrodzoną wartość jaką jest wolność jednostki. (Nie mogę tu nie zadać pytania czy jesteśmy wolni czy tylko nam się tak wydaje, bo naprawdę jesteśmy uwikłani w sieci nieskończonych zależności).

Przyjmując, że każdy człowiek jest równy i ma podobne możliwości poznania świata, to dlaczego jedni ludzie mają mieć prawo do narzucania innym swojej wizji rzeczywistości, która to wizja nie wynika ani z posiadanej większej wiedzy ani z większych zdolności intelektualnych, a uzasadnia ją jedynie takie bądź inne wierzenie? Uważam, iż nie mają takiego prawa i każdy powinien sam na drodze empirycznej, rozumowej bądź obu dojść do satysfakcjonujących go wniosków o naturze świata. Satysfakcjonujących, ponieważ w odniesieniu do rzeczywistości niematerialnej nie może być mowy o poznaniu prawdziwej jej postaci, zatem za kryterium tego czy dana wizja świata tego jest dobra może posłużyć kryterium przydatności do dobrego funkcjonowania jednostki.

Natura śmierci niejako wynika z przyjętej koncepcji duszy. Proces umierania na poziomie biologicznym poznany jest dość dobrze, niepoznanym pozostaje jedynie to, co jest takim z definicji. To czy/co będzie po śmierci zależy od tego jakiej natury jet dusza ludzka. Począwszy od czysto biologicznego podejścia gdzie duszy nie ma, a śmierć jest końcem wszelkiej egzystencji człowieka, aż do twierdzeń jakoby śmierć miała być końcem jedynie ciała, wyswobodzeniem duszy z okowów cielesności, śmierć jako koniec snu i przebudzenie się w świecie istniejącym naprawdę – w odróżnieniu od świata tu i teraz. Niestety ze względu na ograniczoną poznawalność procesu umierania rozważania nad tym co następuje „potem” pozostaje tylko w zakresie bezcelowych dywagacji niemożliwych do potwierdzenia bądź sfalsyfikowania.

Podsumowując każda jednostka ludzka może i powinna mieć własną filozofię śmierci i duszy, którą wykreowałaby sama bądź wybrała z szerokiej palety wyobrażeń powstałych przez wieki. Z poglądami tymi jest podobnie jak z religią, ponieważ zawierają się w niej, zatem nie jest istotnym to czy są zgodne z prawdą dopóki pozwalają jednostce na satysfakcjonujące życie w społeczeństwie i nie naruszają wolności innych jednostek.

Samobójstwo

Dlaczego istnieje paragraf nakazujący wszystkim obywatelom nie dopuszczać do samobójstwa kogokolwiek, kogo o taki zamiar podejrzewają? Czyż nie dlatego, że państwo boi się, iż ludzie zastanowią się nad wartością życia jakie wiodą? Przecież niewykluczone, że dojdą do wniosku o trudach przewyższających korzyści. Prosty rachunek da im myśl, że ich trudy nie są tego warte.
Czy nie takie myśli rodzą fale Werterów?

A czy Twoje życie jest warte życia?

Piękno zamknięte w butelce

Piękno, Dobro, Prawda, Szczęście nie istnieją realnie. Nie są materialne. Są jedynie ideami w naszych umysłach. Możemy sobie jedynie wyobrazić płynne szczęście, kulkę ulepioną z piękna.

Rzeczy materialne możemy dotknąć, powąchać, poznać zmysłami. Rzeczy istnieją realnie i do naszego umysłu przedostają się kanałem posiadanych przez nas zmysłów. Jednakże skąd pewność, iż kanał ten daje nam prawdziwy obraz rzeczywistości? Życie jakie wiedziemy przyzwyczaiło nas, że gdy dotkniemy gorącego czajnika to się oparzymy, że zanurzając dłoń w wodzie uczynimy ją mokrą, formując śnieżkę poczujemy chłód śniegu. Ciąg przeróżnych doświadczeń jakie serwuje nam ten świat jest wzajemnie uzasadniającą się kolekcja zdarzeń, z której możemy wysnuć ogólne prawa rządzące rzeczywistością. Taka empirystyczna wersja poznania wydaje się bardzo racjonalna, wewnętrznie spójna i „prawdziwa”.

Przedstawię jednak pewne wątpliwości co do tej wersji poznania rzeczywistości. Poznanie empiryczne jest w takim stopniu prawdziwe w jakim dokładne jest odzwierciedlenie przedmiotów przesyłane nam przez kolejne zmysły. A to łatwo podważyć, a raczej pokazać jak bardzo relatywnie człowiek postrzega rzeczywistość (ze względu na jakość posiadanych zmysłów). Gdybyśmy na świat patrzyli oczami owada jawiłby nam się on zupełnie inaczej, przykładowo kwiaty jarzyłyby się niczym żaróweczki pośród szarych plam nieistotnych liści. Nawet oczy psa czy kota dają zupełnie inne spostrzeżenia. Widzenie w nieprzeniknionych dla człowieka ciemnościach, spostrzeganie ruchów myszy na nieruchomym tle traw z dużej wysokości. Oczy innych gatunków dają zupełnie inne obrazy tej samej rzeczywistości.
Zmysły węchu i słuchu nawet u naszego przyjaciela psa są o niebo bardziej czułe niż nasze.
Smaki jakie czujemy też nie oddają prawdziwej rzeczywistości. Przyzwyczailiśmy się do określonej gamy samów i ich mieszanek. Pomijając osobnicze preferencje, gonimy za słodkością i tłuszczem, a unikamy goryczy bo tak nas ukształtowała ewolucja. Mamy zmysły rozwinięte do takiego stopnia do jakiego było to niezbędne do przetrwania. Nigdy nie potrzebowaliśmy wyczuć kropli krwi w hektolitrach wody, jak to potrafią rekiny. Psy nigdy nie potrzebowały rozróżniać słodyczy, zatem jej nie rozróżniają. Tylko to co niezbędne.

Dochodzimy zatem do konkluzji, iż zmysły nasze dostarczają nam jedynie pewien wycinek bądź pewną wersję rzeczywistości. Przyjmujemy ją za niepodważalnie prawdziwą, ponieważ nie mamy możliwości poznać innej wersji (może w przyszłości, kto wie).
Człowiek w stosunku do pozostałej części królestwa zwierząt dostał zmysły dość stępione, co wydaje się kosztem poniesionym by posiadać umysł potrafiący działać na wyższym, abstrakcyjnym poziomie. Jednakże rodzi to pewien zasadniczy problem. Jeśli zmysły dostarczają nam ograniczony wycinek rzeczywistości, którą mają badać, to już na starcie umysł nasz pracować musi na zubożonym materiale. Oczywistym jest, że takie niepełne dane mogą, i zapewne prowadzą do wniosków błędnych. Przy pomocy narzędzi możemy niekiedy dowieść ich niepoprawności (przykład architektury greckiej z kolumnami zakrzywionymi w pewien sposób, by dla oka ludzkiego wydawały się idealnie proste), jednak to tylko dowodzi, iż takie błędy w spostrzeżeniach zachodzą. Należy również pamiętać, że wszystkie, nawet najdoskonalsze narzędzia używamy przy pomocy tych samych zawodnych zmysłów, co moze rodzić kolejne, ukryte błędy.

Jeżeli zatem nasze ciało nie daje nam możliwości poznania rzeczywistości, w jakiej się znajdujemy, taką jaką ona jest naprawdę, a tylko taką jaka się ona jawi naszym zmysłom, to czy ten obraz rzeczywistości może sobie rościć prawo do pozostania jedyną prawdziwą reprezentacją rzeczywistości jaką posiadać będzie nasz umysł i jaką będziemy posługiwali się w życiu?

Można wywieść z tego, iż skoro przedmiotów istniejących materialnie nie możemy poznać takimi jakimi są naprawdę, a idee wartości takich jak dobro czy piękno są niedostępne poznaniu naszych zmysłów, to zarówno przedmioty jakie zwykliśmy nazywać materialnymi sa niepoznawalne, jak i idee są niepoznawalne. Jeżeli obie te kategorie są równie niepoznawalne, to możemy obie je określić jako niematerialne jak i jako materialne, ponieważ słowo to traci swoje znaczenie. Zatem Dobro jest tak samo materialne jak krzesło, na którym siedzę.

Notatka zainspirowana:

„Udowodnić, że dobro jest materialnie realne byłoby co najmniej karkołomne”
dr Wendland

Nie roszczę sobie tytułu udowodnienia, jednakże uważam, iż myśl tu przeze mnie pokrótce przedstawiona może być zaczynkiem ciekawego rozważania nad problemem. Jednocześnie zastrzegam, iż jest to jedynie moja prywatna refleksja i nie pretenduje do miana teorii.

Pociągajaca Polska

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich dwóch dni już po raz czwarty przemierzam pół Polski (dokładnie pół) nasza zacną koleją. Za każdym razem inną trasą i za inną cenę. Aktualnie jadę najtańszym z przewoźników pozwalających mi moje półPolski przejechać bezprzesiadkowo. Nie reklamując: Interregio. Choć po noworocznym przerencie w postaci podwyżek cen IR niemal zrównało się cenowo z TLK (nieTanie Linie Krążące) to nadal różnica dla studenckiego portfela wodząca na pokuszenie (równowartość pociągowego prowiantu w postaci drożdżówki i soku). Oddly enough IR pozwala mi nacieszyć się swymi luksusami najkrócej. Nie będzie narzekaniem wspomnienie czasów sprzed roku, gdy moje półpolski pokonywało się średnio o godzinę krócej – o 20% krócej.

Dziś w nocy, o północy miałam niebywałą przyjemność doświadczyć zjawiska pociągu objętego całkowitą rezerwacją miejsc. I nie był to luksusowy superszybki pociąg Warszawa-inne-ważne-polskie-miasto. Pociąg robiący pięknego zawijasa, a mimo to jadący pół godziny krócej od tego przemierzającego standardową trasę. Ale do sedna. Dworzec o północy pełen jest tajemniczej ciszy z rzadka przerywanej zapowiedziami przez megafon zaspanym głosem, oraz oczywiście panów (statystyka jest bezlitosna) niegustujących w środkach czystości, jednak upajających się rozkoszami niepamięci dawanymi przez zgoła inne środki.

Podchodzę do bezkolejkowego okienka kasy i zamawiam taki a taki bilet. Dziwię się w myślach, ze jest o złotówkę droższy. Odbieram go wraz z karteczką wielkości wizytówki informującej mnie o „braku dostępnych miejsc siedzących w pociągu” U dołu napis niczym z Alicji w Krainie Czarów by karteczkę odwrócić. Tu zabawny tekst, iż „w przypadku braku biletu należy niezwłocznie zgłosić się do konduktora pociągu”. Dlaczego zabawny? Karteczkę rpzecież otrzymałam z biletem. Jednak nie bardzo wiedząc co jej treść ma mi do przekazania, a w obliczu braku klientów przy obu z otwartych kas powróciłam do okienka i przystawiając karteczkę do szyby zapytałam:
-Przepraszam, a co to?
-Karteczka – odpowiedziała mi natychmiast pani kasjerka.
Uśmiechnęłam się licząć, że to tylko późnonocne poczucie humoru. Niestety, to tylko polska uprzejmość. O tym, iż pociag objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc dowiedziałam się po dłużej wymianie zdań, w których większością odpowiedzi pani kasjerki było cytowanie tekstu z tejże nieszczęsnej karteczki.

Historia nie posiada morału, byłby on zbyt oczywisty. Moje gapiostwo i nieuprzejmość pani kasjerki. Nic nowego w świecie ludzi.
Za dwa dni znów zagoszczę na peronach mych przezpółpolskich miast. Oby na jak najkrócej i najmniej boleśnie.